Ja dzisiaj tylko na chwilę, bo gdybym miał w pełni podsumować wyczyny tych parodystów i opisać co nie wypaliło przy każdym z osobna, to nagle zastałby mnie mecz z West Hamem, a stworzyłbym tu elaborat pełny przekleństw, narzekań i inwektyw.
Po meczu trafiłem na piękne porównanie. Bodajże w 15 ostatnich meczach, Steve McClaren prowadzący Newcastle wygrywał zaledwie czterokrotnie. Jaki był tego efekt? Zwolnienie i zastąpienie przez pewnego hiszpańskiego kelnera. Louis van Gaal wygrał tylko jedno spotkanie więcej, prowadząc zbudowany za 300 milionów funtów Manchester United, efekt? Część ludzi ponownie uwierzyło w jego możliwości, a ja jestem co raz bardziej przekonany o tym, że nie będzie wcale żadnego Mourinho, Giggs pójdzie trenować do Championship czy gdziekolwiek indziej, a my będziemy tkwić w tej patowej sytuacji i oglądać co raz bardziej postępującą Liverpoolyzację naszego klubu, która i tak jest już na bardzo zaawansowanym etapie.
Od meczu minęły już dwa dni, a ze mnie nadal nie zeszło ciśnienie. Nadal cały się trzęsę ze złości, kiedy tylko słyszę lub widzę gdzieś wzmiankę o Liverpoolu. No okej, mam tak zawsze, ale tym razem jest to maksymalnie spotęgowane. Nie spodziewałem się cudów. Wiedziałem, że Liverpool spisuje się ostatnio całkiem nieźle, ale przecież my też przy całej nasze przeciętności punktowaliśmy w miarę dobrze. Remis brałbym przed tym spotkaniem w ciemno, bo przecież później na Old Trafford można było spodziewać się dominacji i narzucenia stylu gry. Kiedy jednak ruszyło spotkanie na Anfield, modliłem się żeby przegrać je tylko i wyłącznie jedną bramką. Do teraz zastanawiam się jak można grać bez jakiejkolwiek ambicji...
Jak już zapowiadałem ciężko byłoby odnieść się do każdego z osobna, więc zacznijmy może od tego, że na boisko wybiegło wczoraj kilkunastu ludzi, bo piłkarze to stwierdzenie zdecydowanie na wyrost, a żeby ktoś nie pomyślał nazywać ich Diabłami. Byłbym w stanie wybaczyć brak umiejętności piłkarskich, byłbym w stanie wybaczyć, że sędzia wypaczył wynik spotkania, byłbym w stanie zrozumieć chyba wszystko, ale nigdy nie pogodzę się i nie przejdę do porządku dziennego nad pieprzonym brakiem ambicji, dodatkowo w meczu z największym rywalem, na ich cholernym terenie. Muszę się przyznać, że w przerwie meczu żałowałem braku młynowych Śląska Wrocław na stadionie, bo kilku piłkarzy powinno stracić swoje meczowe trykoty.
Wiecie co jest najbardziej przykre? Pewnie wielu z was się ze mną nie zgodzi, ale van Gaal mówiący o Fellainim, który był jednym z lepszych na boisku miał częściowo rację. W drugiej połowie jakiekolwiek ataki rozpoczynały się od wygranych główek Belga w polu karnym, a nawet zdarzyło mu się samemu rozpocząć jedną z nielicznych, jak nie jedyną groźną kontrę. Najgorsze w tym wszystkim, że można się naśmiewać z tego cytatu, ale nie licząc niezawodnego Dejwa i może jeszcze Vareli nie powiedziałbym, że Fellaini był słabszy od któregokolwiek z ludzi grających tego dnia pod szyldem Manchesteru United. Żebyśmy się nie zrozumieli źle. W normalnych okolicznościach nie zostawiłbym po takim występie suchej nitki, ale przy tym marazmie jaki doświadczyliśmy, trzeba doszukiwać się nawet najmniejszych udanych zagrań.
Paul Scholes powiedział po meczu dużo mądrych rzeczy, w tym kilka słów o zatraconej tożsamości. Wiecie co boli mnie najbardziej? Nikt z tych ludzi nawet nie próbuje zaryzykować. Kilkukrotnie była okazja na strzał, piłka była gdzieś w okolicach 20, może 25 metra, a dosłownie nikt nie podjął tego ryzyka. Ja nie wiem czy van Gaal wmówił im, że w bramce stoi Buffon i nie ma sensu próbować? Tam stał kuźwa Mignolet, któremu z piłki kopniętej prosto w niego, zdarzało się tworzyć realne zagrożenie. Brak ryzyka towarzyszy tej zgrai ludzi od miesięcy, a bez ryzyka nie można mówić o charakterze. O ryzyku nie słyszał też pewnie van Gaal. Herrera wprowadzony niemal w 80. minucie? A przecież to jedyne nazwisko z ławki, które mogło w większym stopniu wpłynąć na grę.
Scholesy miał też rację mówiąc o De Gei. Gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby nie Hiszpan w bramce przez ostatnie trzy lata. Kiedy okazało się, że Dave nie odchodzi do Realu i zostaje z nami, pomijając już okoliczności, to czy chciał czy nie chciał, zacząłem się łudzić, że zostanie z nami na lata, że przez długi czas nie będziemy się martwić obsadą pozycji bramkarza, ale dzisiaj jestem pewien, że w klubie muszą już myśleć o następcy. Przecież nie możemy wierzyć, że najlepszy bramkarz na świecie będzie chciał co sezon walczyć o top four i zadowalać się grą w Lidze Europy. Chuderlawy i niepewny na przedpolu przybysz z Półwyspu Iberyjskiego zamienił się w prawdziwego fachowca i przerasta swoich kolegów o dwie klasy i zwyczajnie musimy zakładać, że jeżeli następny sezon nie przyniesie czegoś nowego, któraś z obecnych europejskich potęg skusi go na przenosiny, a najbardziej boli w tym wszystkim to, że nie będziemy mogli mieć mu tego za złe.
Ja jeszcze wierzę, że sytuacja nie jest bez wyjścia i jesteśmy jeszcze w stanie Liverpool wyeliminować. Przecież nie takie zwroty akcji już w naszej historii widzieliśmy. Wierzę bo właściwie co innego nam w tym momencie pozostało?
PS. Zapraszam do zajrzenia na Twittera i Instagrama :)


0 komentarze:
Prześlij komentarz