Kwintesencją tego jak beznadziejny sezon rozgrywa Manchester United, niech będzie fakt, że nie udało nam się ugrać ani jednego zwycięstwa z najsłabszą Chelsea w erze Romana Abramowicza, zwłaszcza że dzisiaj zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki i straciliśmy je jak zwykli frajerzy.
Ale czego się spodziewać? Kiedy wyraźnie dominujemy spotkanie, cały czas jesteśmy pod bramką rywali, strzelamy w końcu bramkę na 1:0 i zamiast przycisnąć, spróbować strzelić drugą, może trzecią bramkę i zabić spotkanie tak jak w przypadku pojedynku ze Stoke, my powtarzamy jeden z najczęstszych błędów, jakie przytrafiały nam się w trakcie całych rozgrywek i znowu cofamy się do defensywy, wyjątkowo nieporadnie próbując bronić wyniku. Przecież gdyby nie fakt, że mamy w swojej drużynie najlepszego obecnie bramkarza globu, to Chelsea spokojnie byłaby w stanie wyszarpać nam dzisiaj trzy punkty. Na szczęście Dave kilkukrotnie udowodnił swoją wysoką klasę i pozostaje nam dziękować losowi, że jego transfer do Realu ostatecznie nie wypalił. Wracając do naszej typowej taktyki z cofnięciem się do obrony, to nie zliczę ile punktów straciliśmy już w ten sposób.
Sytuacja bramkowa to nic innego jak błędy, błędy i jeszcze raz błędy. Straszna fala krytyki przysłoniła Memphisa Depaya, bowiem chwilę wcześniej zmarnował doskonałą akcję, która powinna skończyć się stuprocentową sytuacją Morgana Schneiderlina. Stało się inaczej, ale obwiniać Depaya o stratę punktów to co najmniej głupota, zważając na popis zawodników, którzy byli na boisku po uzyskaniu prowadzenia. To oczywiście prawda, że Depay całkowicie spieprzył tę akcję, prawdą jest też to że nie jest w stanie poradzić sobie z presją oczekiwań, przedsezonowym porównaniom do Ronaldo, które zabiją jeszcze niejednego zdolnego piłkarza na Old Trafford i presji medialnej. Dziennikarze nie dają mu spokoju, a ostatnio na Daily Mail ukazał się artykuł o jego zakupach w supermarkecie, w którym autor opowiadał o papierze toaletowym jaki kupuje. Nie pomaga mu także Louis van Gaal, który mimo kilku dobrych zmian, jakie dał w ostatnim czasie zaszczyca go pięcioma minutami gry. Nie oczekujmy więc, że wchodząc na takie pięciominutówki będzie grał na oczekiwanym poziomie i miejmy nadzieję, że przynajmniej w rozgrywkach Ligi Europy będzie mógł złapać trochę cennych minut i w końcu pokazać nam co tak naprawdę potrafi.
Przy bramce Costy mieliśmy też sporo pecha, bo przecież przewrócił się bodajże Blind, ale zaważył brak doświadczenia naszego młodego lewego obrońcy Camerona Borthwicka-Jacksona, który zaspał i nie utrzymał linii spalonego. Wielka szkoda, że tak zakończył całkiem dobre spotkanie i mam tylko nadzieję, że nie wpłynie to w żaden sposób na jego psychikę i pewność siebie bo bez żadnych kompleksów wszedł do pierwszego zespołu i odważnie poczynał sobie z bardziej doświadczonymi zespołami. Dzisiaj też wprowadzał trochę ruchu w ofensywie, dograł przecież doskonałą piłkę w pole karne przy bramce Lingarda, a błędy w przypadku tak młodego zawodnika są ryzykiem wpisanym we wprowadzanie go do zespołu. Nie można jednak nie zwrócić uwagi na jego atrybuty w ofensywie, tak dokładnie granej piłki w pole karne nie ma wielu piłkarzy. Ustawianie się w obronie wymaga jeszcze sporo pracy, ale biorąc pod uwagę, że mamy dwóch takich zawodników jak on i Luke Shaw, który podobno już w przyszłym miesiącu ma być dostępny do gry, możemy cieszyć się z lewej obrony na lata. Bramka dla Chelsea była oczywiście w stu procentach zasłużone.
Do momentu strzelonej bramki ciężko było przyczepić się do czegokolwiek w tym spotkaniu. Przede wszystkim wyróżnić trzeba Matteo Darmiana, który od kilku już spotkań gra co raz lepiej, a dzisiaj przypominał nam już tego Włocha, który zachwycał na samym początku sezonu. Bardzo cieszy, że w końcu wraca do siebie i miejmy nadzieję, że w kluczowych meczach o awans do Champions League będzie podobnie. Dobry mecz zagrał także, tak często krytykowany z zasady Marouane Fellaini, który był aktywny pod polem karnym rywala, ale i pod własną bramką kilkukrotnie wyczyścił sytuację. Wiadome było, że będzie to mecz walki, a wyjście na niego bez Belga byłoby moim zdaniem samobójstwem i tutaj od początku chwaliłem decyzję Louisa van Gaala. Zabrakło tylko bramki, ale w sytuacji którą miał, bardzo mocno szarpał go Zouma i piłka w zasadzie trafiła go w głowę, bez możliwości odpowiedniego ułożenia jej do strzału, a wielka szkoda. Pochwalić można też Jessiego Lingarda, za bramkę i świetną grę bez piłki, czym zaimponował już w meczu ze Stoke, kiedy ściągnął obrońców i zrobił miejsce do strzału dla Martiala. Dzisiaj kilkukrotnie też pokazał się z dobrej strony pod tym względem, a przy strzelonej bramce zachował się po prostu wzorowo. Niestety na swojej pozycji nie daje nam zbyt wiele pożytku, Owszem biega i walczy, ale jest to wszystko bardzo chaotyczne i bardzo wiele pracy przed nim, żeby osiągnąć ten właściwy poziom.
Zmiana pozycji i gra na dziesiątce robi dobrze także Juanowi Macie. Hiszpan odżył od kilku spotkań i dzisiaj nie licząc kilku niedokładnych podań znowu stanowił zagrożenie pod bramką i dobrze konstruował nasze ataki. Nie jestem w stanie zrozumieć tylko jednej decyzji Louisa van Gaala, a mianowicie wprowadzenia Andera Herrery na dwie ostatnie minuty doliczonego czasu gry. To była gra na czas w czasie kiedy zawodnicy ewidentnie chcieli jeszcze zaatakować? Czy może Holender wierzył w zbawienny wpływ Herrery i jakiś błysk w ciągu tych kilkudziesięciu sekund? Może chciał sprezentować Juanowi owację na stojąco ze strony fanów Chelsea, co swoją droga było bardzo ładnym zachowaniem. Godzę się powoli z tym, że z jednym z naszych sympatycznych Hiszpanów będziemy musieli się tak czy siak pożegnać. Jeżeli u sterów pozostanie van Gaal, to Herrera pewnie w końcu będzie miał dosyć odgrywania marginalnej roli w zespole, a jeżeli potwierdzą się plotki o Jose, to możemy tylko wyobrazić sobie reakcję Juana Maty.
Widać że od meczu z Derby County coś w naszej grze drgnęło i wydaje się, że prawdą jest to o czym powiedział Wayne Rooney, że Louis van Gaal pozostawił zawodnikom zdecydowanie więcej swobody, co przynosi wymierny efekt. W tym meczu mogliśmy zobaczyć dwa oblicza, te swobodne i te "van Gaalowe" które polegało na cofnięciu się do tyłu po strzelonej bramce. Chyba wszyscy wiemy, które przynosi nam korzyść. Trzeba żałować, że nie wykorzystaliśmy potknięcia się City a strata punktowa zamiast czterech punktów to aż sześć. Oczywiście nie ma co nas jeszcze skreślać w kontekście walki o Top4, ale trzeba otwarcie powiedzieć, że przy tak chimerycznej formie będzie o nią piekielnie ciężko...
PS. Wczoraj obchodziliśmy rocznicę katastrofy w Monachium. Na Zzapołowy znajdziecie mój tekst poświęcony historii bohatera z Monachium, legendarnemu bramkarzowi Harry'emu Greggowi. Artykuł możecie przeczytać klikając TUTAJ.
PS2. Zapraszam na mojego Twittera, którego możecie odszukać klikając TUTAJ.


0 komentarze:
Prześlij komentarz